Przemysław Saleta został stałym bokserskim ekspertem Polsatu Sport. Szeregi stacji niedawno zasilili również Krzysztof Kosedowski oraz Igor Jakubowski, a współpracę z Polsatem Sport zakończył z kolei Grzegorz Proksa.
W Polsacie Sport jestem od lat. Nawet trudno mi powiedzieć ile wielkich walk skomentowałem jako gość w studio. Polsat Sport pokazał też moje m.in. pojedynki z Andrzejem Gołotą i Tomaszem Adamkiem. Polsat Sport miał też pokazywać moją największą nieodbytą walkę – czyli starcie z Gołotą, która miała dojść do skutku w 2000 roku. Były już wydrukowane plakaty i bilety, spotkaliśmy się na konferencji prasowej, ale Andrzej dostał propozycję starcia z Mike’em Tysonem i do naszego pojedynku wówczas nie doszło – wspomina Saleta.
- Bardzo się cieszę, że wracam do Polsatu Sport na wyłączność. Wiem, że stacja chce odbudowywać polski boks – nie tylko ten zawodowy, ale też amatorski. Chętnie w taki projekt się zaangażuję – deklaruje Saleta.
Trzydzieści lat temu chłopak z Bystrzycy Kłodzkiej wszedł na szczyt w kickboxingu, zostając amatorskim i zawodowym mistrzem świata. Wkrótce Przemysław Saleta przekwalifikował się na pięściarza. Na Florydzie poznał Angelo Dundee'ego, czyli trenera Muhammada Alego. Zresztą jego debiut w bokserskim ringu oglądał sam „Największy”.
Czy to prawda, że niechęć Andrzeja Gołoty do pana wzięła się z faktu, że należeliście do konkurencyjnych obozów – kickbokserskiego i pięściarskiego? Przemysław Saleta: Niechęć pomiędzy oboma środowiskami rzeczywiście istniała. Wspólnie trenowaliśmy, sparowaliśmy. Na zajęcia jeździło się do hali Gwardii, czasami też na Legię. Dwa albo trzy razy sparowałem z Gołotą, jak również z Heńkiem Zatyką czy Staszkiem Łakomcem. Oba środowiska stanowiły dwa różne światy. Kickboxing na początku był takim sportem, jak niegdyś judo, czyli studenckim. Sam trenowałem w klubie Politechniki Warszawskiej. Dzięki walkom zawodowym ta dyscyplina zaczęła przebijać się do mas, więc środowisko bokserskie czuło się trochę zagrożone. Ta rywalizacja naprawdę istniała, dziś oczywiście już jej nie ma. Co do Andrzeja, to nigdy nie był specjalnie kontaktowy. A ja także nie miałem parcia na to, abyśmy zostali kolegami czy przyjaciółmi.
Przegrał pan kiedyś jako kickbokser? Dopiero w 1993 roku, gdy byłem już zawodowym pięściarzem. Przegrałem kontrowersyjnie na punkty, bodaj jeden do dwóch, walcząc na wyjeździe w Montrealu z Darrellem Heneganem. Zdecydowałem się na ten pojedynek ze względów finansowych. Rok wcześniej przegrałem w ogóle po raz pierwszy – z Timem Martinem w moim czwartym starciu zawodowym w boksie.
Pana debiutancką walkę w Miami Beach oglądał sam Muhammad Ali. Wspominano rozegrany w tym samym miejscu, w hali Convention Center, pojedynek z 1964 roku przeciwko Sonny’emu Listonowi, po którym Ali został mistrzem świata wagi ciężkiej. 27 lat później oglądał galę jako gość honorowy.
Dobrze poznał pan jego słynnego trenera Angelo Dundee’ego, który w Miami Beach prowadził salę treningową. W tym klubie pełnił specyficzną rolę. Każdy zawodnik miał swojego trenera, Angelo był zaś koordynatorem. Ja ćwiczyłem z Rickiem Madrisem, Dundee wszystko nadzorował i dawał rady, a mój szkoleniowiec się do nich stosował. Świat boksu jest taki, że na wszystkich trzeba uważać. Wielu ludzi kręci się wokół pięściarzy tylko i wyłącznie po to, by zarobić. Angelo był natomiast najlepszym człowiekiem, jakiego spotkałem w boksie zawodowym. Ciepły, serdeczny. Wiedział, jak wygląda moja sytuacja finansowa, że utrzymuję się tylko z wypłat za walki i z całą pewnością nie są to setki tysięcy dolarów. Przez pierwsze trzy lata kariery Dundee w ogóle nie brał ode mnie pieniędzy – tych standardowych dziesięciu procent, które oddaje się trenerowi. Gdy po pierwszej walce chciałem się rozliczyć, odparł: „Przemek, potrzebujesz tej kasy, a ja dam sobie radę”. W boksie to bardzo rzadka postawa. Widziałem ludzi, którzy tuż przed walką targują się o sto złotych.
W 2015 roku stoczył pan pożegnalną, przegraną walkę z Tomaszem Adamkiem, to było rzeczywiście ostateczne pożegnanie z boksem? Przemysław Saleta: Tak, etap poważnych walk jest już za mną, mam jednak nadzieję, że od czasu do czasu wejdę do ringu, ale bardziej na zasadzie walki charytatywnej i boksu białych kołnierzyków.
Po tamtej walce chodziła myśl po głowie, żeby może jeszcze raz wejść na poważnie do ringu? Nie pojawiały się takie myśli przede wszystkim z uwagi na sprawy zdrowotne, choć tamta walka pozostawiła u mnie niedosyt, nie pokazałem wszystkiego. Ona toczyła się według pewnego mojego planu, który zakładał, że pierwszą połowę pojedynku będę przegrywał na punkty, a potem przygotowaniem kondycyjnym i siłą fizyczną przełamię Tomka. Nie było jednak tej drugiej połowy, bo złamałem obojczyk, tak zupełnie szczerze to ten lewy bark był już wcześniej mocno uszkodzony po wypadku z wyścigów motocyklowych sprzed kilku lat.
Tomasz Adamek planuje w najbliższym czasie stoczyć pożegnalną walkę, była dla pana propozycja? Tomek zadzwonił do mnie cztery miesiące temu z zapytaniem, czy byłbym zainteresowany stoczeniem takiej pokazowej, złożonej z czterech rund walki, bodajże w Bielsku Białej. Owszem byłem nią zainteresowany, tym bardziej, że rywalem byłaby taka osoba jak Tomasz Adamek, pojedynek pierwotnie miał się odbyć przy żywiołowej publiczności, a jak to się mówi, ciągnie wilka do lasu. Jeśli ktoś mówi, że nie brakuje mu tej adrenaliny, kiedy wchodzi się do ringu, to kłamie, adrenalina jest nawet wtedy, gdy wchodzi się do walki pokazowej. Pomysł spalił jednak na panewce, ponieważ organizatorzy zainteresowani byli walką Adamka najlepiej z czarnoskórym Amerykaninem, a ja nie jestem Amerykaninem, kolor skóry też mam inny.