26 października podczas gali Knockout Boxing Night 8 na ring wróci Artur Szpilka (22-4, 15 KO). Były pretendent do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej zmierzy się z Włochem Fabio Tuiachem (29-6, 16 KO) i nie może sobie pozwolić na wpadkę.
Były mistrz Europy Albert Sosnowski mówi otwarcie, że Szpilka jest dużym faworytem w tym zestawieniu. "Dragon" zaznacza jednak, że jeden celny mocny cios Włocha, może odwrócić losy walki.
- Tuiach nie ma nic do stracenia i na pewno będzie ryzykował. Włoch wie, że Artur nie czuje się dobrze w bijatyce i gubi się, kiedy jest mocno naciskany. Jeśli Tuiach mocno trafi Szpilkę, to będą kłopoty - analizuje Sosnowski w rozmowie z TVP Sport.
- Artur w sytuacjach kryzysowych często opuszcza ręce i na siłę chce oddać. Oczywiście powinien ten pojedynek wygrać, bo jest lepszym boksersko pięściarzem, ale zobaczymy jak zachowa się jego głowa po ostatniej walce, która skończyła się dramatycznie - mówi były pięściarz.
Szpilka walką w Sosnowcu wróci na ring zaledwie trzy miesiące po lipcowej przegranej z Derekiem Chisorą. Z taką częstotliwością "Szpila" toczył dwie kolejne walki ostatni raz w 2015 roku.
Podczas gali Knockout Boxing Night 8 kibice zobaczą w akcji także utalentowanego 23-latka Fiodora Czerkaszyna, który zmierzy się z groźnym Nicolasem Pitto. W Sosnowcu dojdzie także do wyczekiwanego rewanżu pomiędzy Pawłem Stępniem i Markiem Matyją.
- Miller ma swoją wagę i to on raczej będzie takim czołgiem, który idzie do przodu - mówi portalowi rinblog.pl były mistrz Europy wagi ciężkiej Albert Sosnowski, analizując dzisiejszy pojedynek Tomasza Adamka z Jarrellem Millerem. "Dragon" zwraca uwagę na bokserskie atuty Polaka, jednak obawia się, że mogą nie wystarczyć do zwycięstwa z Amerykaninem.
- Miller jest agresywnym zawodnikiem, razem ćwiczył z Kownackim, zadaje dużo ciosów, jest cięższy. Myślę więc, że szansą Tomka może być tylko dobre przygotowanie, a wiemy, że on zawsze skrupulatnie się przygotowuje. Boję się jednak, że jego praca na nogach może nie wystarczyć do zwycięstwa, bo jednak Miller jest zawodnikiem, który zawsze szuka nokautu i jest agresywny. Kibicuję Tomkowi, ale myślę, że mimo wszystko faworytem jest Miller - mówi Sosnowski.
- Tomek jest szybki na nogach, powinien wyprowadzać dużo ciosów, natomiast czy będzie w stanie udźwignąć utrzymanie presji na Millerze? Miller ma swoją wagę i to on raczej będzie takim czołgiem, który idzie do przodu. Walcząc do tyłu ciężko będzie Adamkowi zdominować przeciwnika. Myślę, że może Tomek będzie starał się celować po dołach, zamaskować ciosy na górę i szukać mocnych ciosów na korpus i może w ten sposób gdy czysto trafi na wątrobę uda mu się wygrać tę walkę przed czasem - analizuje były pięściarz.
Pojedynek Tomasza Adamka z Jarrellem Millerem będzie jedną z głównych atrakcji gali w Chicago. Transmisja w Polsacie Sport oraz Polsacie. Pojedynek Polaka z Amerykaninem ma rozpocząć się o godz. 5 nad ranem.
Ireneusz Fryszkowski: Na obozie Landowski Boxing w Rozewiu wystąpił pan jako trener. Jak pan się czuje w tej roli? Albert Sosnowski: Kolejny etap życia. Koniec kariery bokserskiej, odchodzę w stylu nie w takim jakim trochę bym chciał, ale niestety młodszy nie będę, pewnego etapu procesu treningowego też nie przeskoczę, nie mam teamu, który by się mną opiekował. Więc uznałem, że z moim doświadczeniem z moją praktyką zawodniczą i jeżdżeniem po całym świecie warto byłoby coś otworzyć swojego. Poza tym jestem autorytetem dla młodzieży i dzieci, potrafię łatwo nawiązywać z nimi kontakt, ludzie mnie lubią i szanują. Stwierdziłem więc, że akurat zajęcie się trenowaniem boksu będzie dobrym wyborem.
Na warszawskiej Legii prowadzi pan własną inicjatywę Dragon Boxing Team. Tak. Marzy mi się rozwinięcie Dragon Boxing Team. Jest to długa droga, wymagająca dużo cierpliwości, dużo ciężkiej pracy, aktualizowania swojej wiedzy trenerskiej i przyswajania nowych rzeczy, które powstają w pięściarstwie. Zdaję sobie sprawę, że na najwyższym poziomie profesjonalnym sam nie mógłbym działać. Musiałbym mieć trenera od przygotowania fizycznego, psychologa, itd. Natomiast ja skupiałbym się na robieniu technik bokserskich, prowadzeniu zajęć pięściarskich, korzystaniu z różnych sparingpartnerów z innych grup i jeżdżeniu na walki. Czuje się w tym dobrze, odnajduję się i na pewno chcę to kontynuować. Jest to następny etap mojego życia.
Pracuje pan z młodzieżą. Czy dzisiejsza młodzież różni się podejściem do treningu, dyscypliną od tej kiedy pan zaczynał przygodę z boksem? Nie. Wydaje mi się, że młodzież jest taka sama. Tak samo jak wtedy tak i dzisiaj podejmuję własną decyzję o rozpoczęciu treningów bokserskich. Akurat moja grupa próbowała różnych sportów walki, ale po rozmowie ze mną wybrali boks. Wiemy, że ta droga do sukcesu w boksie jest bardzo długa, ale znajdują się wybitne jednostki. Dla mnie najważniejsze jest to jak widzę dwie, trzy osoby oraz ich poświęcenie i zaangażowanie. Ja nie potrzebuję 10 osób – wystarczy, że mam dwie. Wierzę w tych chłopaków i nakręcam ich do mocniejszej pracy. Staram się przekazać im moją wizję walki i treningu. Cieszę się, że jest wielu chętnych, że młodzież garnie się do boksu i widzi w tym swoją przyszłość.
Gdy mówimy o boksie olimpijskim często pada zarzut, że mamy słabych trenerów. Mit czy prawda? Pierwsze pytanie – co rozumiemy przez pojęcie „dobry trener”? To jest temat rzeka. Każdy trener ma swoją teorię i sposób pracy, swoich ludzi, jednym podoba się jego warsztat, innym nie. To jest temat bardzo złożony, bo trener nie wyjdzie za zawodnika do walki. Jeżeli zawodnik się nie przygotuje i nie traktuje tego poważnie lub nie ma zrozumienia z trenerem to powinien mu to przekazać i może poszukać wsparcia trenera klubowego. Jeżeli zawodnik jest uniwersalny i trener jest uniwersalny to mogą zaprosić innego trenera, porozmawiać, wskazać błędy, zalety, techniki, itd. Nie określiłbym tego problemu jako „dobry czy zły trener”. Może raczej mało doświadczony, który nie walczył na dużych zawodach, nie wie jak podejść do każdego zawodnika, nie wie na czym się skupić, bazuje na takich szkolnych wyuczonych rzeczach, które nie do końca przekładają się na rzeczywistą walkę. Być może trenerzy są mało otwarci na zawodnika, na rozmowę z nim, na uaktualnianiu swojej wiedzy trenerskiej.
Zapraszamy do wysłuchania rozmowy z Marcinem Najmanem, organizatorem i uczestnikiem zaplanowanej na 25 maja w Warszawie Narodowej Gali Boksu, na której wystąpią m.in. Mariusz Wach, Artur Szpilka, Izuagbe Ugonoh i Ewa Piątkowska.
Rozpoczęły się poszukiwania rywala dla Marcina Najmana (15-4, 11 KO), który wróci na ring 25 maja podczas gali organizowanej na stadionie PGE Narodowym w Warszawie.
Do tej pory wydawało się, że przeciwnikiem "El Testosterona" będzie Artur Binkowski, jednak pięściarz mieszkający na co dzień w Kanadzie ostatecznie się w stolicy nie pojawi. W grę od niedawna wchodzi za to były mistrz Europy i pretendent do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej Albert Sosnowski (49-9-2, 30 KO).
- Spotkałem się z Albertem, rozmawialiśmy bardzo konkretnie. Albert jest taką walką zainteresowany, ale tylko na określonych warunkach finansowych, które moim zdaniem są nieadekwatne do jego aktualnych możliwości. Droga do tego pojedynku pozostaje otwarta, ale będę rozmawiał także z innymi rywalami - zdradził Najman w rozmowie z portalem mymma.pl.
Głównym wydarzeniem Narodowej Gali Boksu będzie pojedynek dwóch byłych pretendentów do tytułu mistrza świata wagi ciężkiej - Mariusza Wacha i Erika Moliny. Na Narodowym walki stoczą także m.in. Artur Szpilka, Izuagbe Ugonoh oraz mistrzyni świata WBC wagi super półśredniej Ewa Piątkowska.
Jeśli Artur Binkowski wypadnie z karty walk "Narodowej Gali Boksu", to 25 maja na PGE Narodowym rywalem Marcina Najmana może być były mistrz Europy w wadze ciężkiej Albert Sosnowski. "Dragon" dopiero czeka na spotkanie w tej sprawie z jednym z organizatorów, a póki co pięściarz bije się z myślami, czy warto ryzykować.
- Na razie nie było żadnej rozmowy w tej sprawie. W poniedziałek mamy się spotkać na lunchu i przegadać temat - tłumaczy Sosnowski.
Były utytułowany pięściarz przyznaje, że docenia rozmach gali w stolicy, ale w swojej karierze już miał okazję boksować na wielkich imprezach, więc szansa ewentualnego zwieńczenia kariery na PGE Narodowym nie spędza mu snu z powiek.
- Na pewno, bez dwóch zdań, szykuje się wielkie wydarzenie i życzę, by się udało. Natomiast akurat dla mnie renoma tej gali nie jest absolutnym magnesem, bo przecież walczyłem na stadionie piłkarskim drużyny Schalke przy pełnych trybunach, a także na galach z walkami Floyda Mayweathera i Manny’ego Pacquiao - przypomina "Dragon".
- Serce i głowa chcą walczyć, bo jestem wojownikiem i nigdy nie pękam, ale ostatni pojedynek pokazał, że pewne kwestie motoryczne, moje ciało oraz inne elementy są już niestety dawno za mną. Biorąc to pod uwagę nie wiem, czy warte jest zepsucie swojego nazwiska występem na tak medialnej gali, gdyby faktycznie źle mi poszło - przyznaje były rywal Witalija Kliczki.
Przymiarki do walki Marcina Najmana (15-4, 11 KO) z Albertem Sosnowskim (49-9-2, 30 KO) były już czynione kilkukrotnie, jednak do takiego pojedynku nigdy nie doszło. Być może uda się do niego doprowadzić 25 maja podczas gali organizowanej na stadionie PGE Narodowym w Warszawie.
Na stołecznym obiekcie ma dojść do walki Najmana z Arturem Binkowskim, jednak mieszkający w Kanadzie Polak ma swoje problemy. Ostatnio Binkowski spędził 30 dni za kratkami za złamanie przepisów dotyczących jego sytuacji rodzinnej i nie ma pewności, że sytuacja się nie powtórzy.
Niewykluczone, że to właśnie Sosnowski w takiej sytuacji zostałby rywalem Najmana na Narodowym. Decyzja w tej sprawie ma zapaść w ciągu kilku najbliższych dni. Głównymi wydarzeniami imprezy w Warszawie będą pojedynki z udziałem Mariusza Wacha, Artura Szpilki oraz Izuagbe Ugonoha.
25 maja na stadionie PGE Narodowym ma dojść do walki Marcina Najmana (15-4, 11 KO) z Arturem Binkowskim (16-5-3, 11 KO). Ostatnio Binkowski spędził 30 dni za kratkami za złamanie przepisów dotyczących jego sytuacji rodzinnej i nie ma pewności, że sytuacja się nie powtórzy.
Najman, który jest jednocześnie organizatorem imprezy na Narodowym, niedawno zapewniał, że jest na taki scenariusz przygotowany. Do walki z "El Testosteronem" trenuje inny pięściarz, który w razie potrzeby, zastąpi Binkowskiego.
Teraz Najman za pośrednictwem mediów społecznościowych zasugerował, że tym zawodnikiem jest były mistrz Europy Albert Sosnowski. Głównymi wydarzeniami imprezy w Warszawie będą pojedynki z udziałem Mariusza Wacha, Artura Szpilki oraz Izuagbe Ugonoha.
Jeden z pierwszy polskich zawodowych pięściarzy, którego kariera sięga jeszcze lat 90-tych. Walczył na jednej gali z Mannym Paquiao, Prince Naseemem Hamedem, dzielił salę treningową z Floydem Mayweatherem Jr, Bernardem Hopkinsem czy Zabem Judahem, a do walk przygotowywał się m.in. w Catskill, gdzie bokserskie umiejętności wykuwał młody Mike Tyson. Dzisiaj Albert Sosnowski o tym wszystkim opowiada młodym adeptom sztuki walki na pięści. Ma marzenie, by odbudować potęgę polskiego boksu amatorskiego. Ostatniego naszego medalistę olimpijskiego pokonał.
Walczysz od 23 lat. Sam przyznajesz, że boksowanie to dla ciebie narkotyk. Jakie są objawy odstawienia? Albert Sosnowski: Na razie ich nie zauważam. Nadal lubię być aktywny na sali, trenować – robię to z przyjemnością, nikt mnie do tego nie namawia. Powoli odkrywam w sobie, że mam dobry kontakt z młodzieżą. Ludzie mnie słuchają, jestem dla nich autorytetem. Przekazuję tajniki sztuki pięściarskiej, a uważam, że mam dużą wiedzę. Chcę się realizować jako trener. Być osobą, która sama sobie gdzieś w wyciszeniu trenuje i uczy czegoś innych. Nie tylko młodych adeptów sztuki pięściarskiej, również ludzi, którzy chcą zmienić coś w swoim życiu. Zrzucić stres, zbędne kilogramy, porozciągać się, poprawić koordynację ruchową, a przy okazji nauczyć się kunsztu pięściarskiego, pewnej techniki. Dzisiaj aktywność fizyczna to styl życia.
Przedstawiciele kolorowej prasy zapamiętali cię jako furiata awanturującego się na warszawskim Nowym Świecie. Pisano, że to była twoja zemsta na taksówkarzach, bo rzecz miała miejsce po pojedynku z Martinem Roganem i słynnym wypadnięciu z ringu. Sytuacja związana ze zbiegiem przeróżnych okoliczności. Jakaś dziewczyna zaczęła ubliżać, a ja – będąc już lekko pod wpływem alkoholu – zareagowałem bardzo emocjonalnie. Poszła na skargę do taksówki i taksówkarz zaczął się ostro burzyć. Dostał, ale nic się takiego nie stało. Wymiana słowna, jakieś tam kopnięcie w taksówkę. A że policja była akurat w okolicy, zostałem zatrzymany.
I trafiłeś na izbę. Pierwszy raz w życiu. Też fajne doświadczenie, że nie warto spędzać tam nocy. Szkoda prądu. Reagowałem agresywnie, więc przydzielili mi samotny pokój. Bali się ze mną kogokolwiek zostawić. Skakałem, przestawiałem łóżka, starałem się wyważyć drzwi. Po moich kolejnych próbach wyjścia z pomieszczenia, kilku gości podeszło ze strzykawką. Na ich czele dyrektor całej izby. Wchodzi i mówi: „Panie Albercie, znamy pana, może pan się uspokoi? Bo w przeciwnym wypadku będziemy musieli interweniować”. I wtedy całe ciśnienie ze mnie zaszło. „Przepraszam. To ja może sobie odpocznę, wytrzeźwieję”. Bardzo przyjacielsko się zachował. Inna osoba pewnie byłaby już powalona, dostałaby zastrzyk uspokajający, założono by jej kaftan. Ja mogłem spokojnie odpocząć. Rano wstałem trzeźwiutki i tylko pukałem się w głowę, co ja zrobiłem. „Dziękuję, do widzenia, ostatni raz”. To nie była wielka afera, rozeszło się po kościach.
Zaczęliśmy od rapu. „Zdobędę, ile zdołam, ile zdołam się nauczę i tu żelazna wola jest do tego kluczem. (…) Zobacz, jak wszystko staje się możliwe. Zwykły chłopak z Żoliborza, który po zwycięstwo idzie” – jakoś tak to leciało. Jestem takim spełnieniem chłopaka, który gdzieś tam zaczynał w Polsce ten boks. Zrobiłem więcej niż ode mnie oczekiwano, niż tak naprawdę byłem w stanie zrobić. Dlatego tak miło mi się teraz o tym opowiada. A rozmawiam z przeróżnymi ludźmi. Ci odważniejsi podchodzą, przedstawiają się, gratulują. Doceniają moje sukcesy i zaangażowanie w tworzenie polskiego boksu zawodowego. Rozmawiamy o normalnych, codziennych sprawach.
Pytają o to, czy wrócisz? Oczywiście, że chciałbym zakończyć karierę jako zwycięzca, ale nie wszystko można mieć w życiu. Zapisałem się w historii pięściarstwa, zaliczyłem przygodę życia, która trwała tyle lat. Zbliża się ten czas, żeby z satysfakcją powiedzieć: „to już koniec”.
- Rośnie nam gwiazda - podsumował ostatni występ Macieja Sulęckiego (26-0, 10 KO) były mistrz Europy wagi ciężkiej Albert Sosnowski w rozmowie z Polskatimes.pl. W sobotę "Striczu" wygrał na punkty z byłym czempionem wagi super półśredniej Jackiem Culcayem.
- Stoczył świetny pojedynek, w dobrym tempie, choć na walkę o pas nie jest jeszcze gotowy. Miał kryzysowe momenty, ale przy bardzo dobrej współpracy z trenerem Pawłem Kłakiem przetrwał je i kontrolował walkę - ocenia "Dragon", który we wrześniu zakończył karierę po walce z Łukaszem Różańskim.
- Kwestia czasu jak dostanie walkę o mistrzostwo świata. Choć jeszcze dwie, trzy by mu się przydały, żeby wzmocnić swoją ekspozycję w USA, być bardziej pożądanym - podsumowuje Sosnowski.
Sulęcki w tym roku stoczył trzy walki. Najprawdopodobniej w przyszłym roku stanie przed pierwszą w karierze mistrzowską szansą.
W pojedynku poprzedzającym główne wydarzenie gali MGębski Boxing Night w Radomiu, Łukasz Różański (7-0, 6 KO) znokautował w pierwszej rundzie byłego mistrza Europy wagi ciężkiej Alberta Sosnowskiego (49-9-2, 28 KO).
Różański od pierwszego gongu odważnie ruszył na weterana zawodowych ringów i zepchnął go do obrony. Pięściarz z Rzeszowa trafiał ciosami z obu rąk, a pojedynek zakończył się po dwóch celnych lewych sierpowych, po których "Dragon" został wyliczony do dziesięciu.
Po walce Sosnowski przyznał, że to była prawdopodobnie jego ostatnia zawodowa walka. Dla Różańskiego to największy sukces na zawodowych ringach.
Albert Sosnowski uważa, że ostatnie miesiące zmieniły układ sił w polskiej wadze ciężkiej i jeśli w grudniu dojdzie do walki Krzysztofa Zimnocha (22-1-1, 15 KO) z Arturem Szpilką (20-3, 15 KO) to faworytem tej potyczki będzie pięściarz z Białegostoku. Zimnoch swoje wysokie sportowe aspiracje potwierdzić musi jednak dziś w starciu z mocno bijącym Joeyem Abellem (33-9, 31 KO).